Było to magiczne miejsce, ciche i prawie odludne…
Tak było… kiedyś…
Z czasem coraz więcej osób tu przyjeżdżało tu. Wielu marzyło, by osiedlić się na stałe. Tym, którym się udało zazdroszczono i mało kto zwracał uwagę na to, że są coraz bardziej smutni i zmęczeni.
Miejsce stało się modne i potoki turystów przyjeżdżają tu na wakacje, na długie weekendy, okolicznościowe święta, zwykłe weekendy, a często i bez okazji.
Napływ wielu pojazdów był przytłaczający. Natłok ludzi męczył. Harmider i liczne głosy turystów poganiających się nawzajem były okropne, brr…, to zaczynało być straszne.
Na dodatek znajomi z innych miast przychodzili bez uprzedzenia, często z okrzykiem „wpadliśmy tu i nie mogliśmy cię nie odwiedzić”. Skutecznie przeszkadzali w pracy, uniemożliwiali odpoczynek.
Pierwsze zakochanie mijało. Ludzie wyjeżdżali, sprzedawali domy, uciekali skąd, najdalej jak mogli. Ich następcy cieszyli się, zagarniali dla siebie jak najwięcej, a następnie zmęczeni też stąd uciekali….
Nie wiadomo, kiedy miejsce znowu stanie się ciche. Może kiedy przeminie moda, żeby tu przyjeżdżać?
Może… Nie wiadomo… Na razie próbujemy tu mieszkać najspokojniej, jak się da, Często dobrze tam to wychodzi, jeśli są sprzyjające okoliczności – np. gdy powódź zatopi drogę do miasteczka, albo gdy droga do nas jest remontowana.
Wtedy my, mieszkańcy miasteczka, odpoczywamy, oddychamy, wymieniamy się sąsiedzkimi ploteczkami. Robimy to, co lubimy, a dzięki temu potem znowu możemy uśmiechać się do turystów.
Autor: Ewa Damentka